— Wprawdzie oczekują mnie w domu Franciszka, ale towarzystwo tego dziewczęcia jest mi milsze od pirackiej biesiady — wyszeptał.

Wszedł do domu i skręcił w korytarzyk, wzdłuż którego ustawiono wazony pełne kwiatów wydzielających odurzające wonie, przeszedł przez pomieszczenia i znalazł się w przestronnym ogrodzie, okolonym murem tak wysokim i solidnym, że nikt niepowołany nie zdołałby się na niego wspiąć.

Dom był piękny, ale ogród urodą przerastał wszelkie wyobrażenia. Rosnące w rzędach szerokolistne, ciemnozielone bananowce wyznaczały urocze, parkowe alejki, rzucając na nie cień, który zapewniał ożywczy chłód. W ich koronach w wielkich kiściach pyszniły się dorodne banany. Pomiędzy alejkami kusiły zielenią trawniki porośnięte najpiękniejszymi tropikalnymi kwiatami.

W narożnikach ogrodu rosły wiecznie zielone drzewa rodzące awokado, które zmieszane z odrobiną sherry jest wybornym smakołykiem; tu i ówdzie kwitły męczennice, których nie większe od gęsich jaj owoce zawierały delikatny miąższ o przyjemnym zapachu; w niezliczonych zakątkach ogrodu różowe kwiaty tonkowców odurzały wonną słodyczą, a wszędzie wkoło krzewiła się bujnie kapusta palmowa, której liście wystrzelały w górę na ponad dwadzieścia, a czasem nawet trzydzieści cali90.

Czarny Korsarz skręcił w jedną z alejek i bezgłośnie zbliżył się do altanki uplecionej z liści tykwy, podobnej do tej, która otulała dom. Miejsce to ocieniała palma jupati, której liście osiągają długość nawet pięćdziesięciu stóp. Promienie słońca migotały w zielonych koronach, a po ogrodzie rozbrzmiewał perlisty śmiech.

Czarny Korsarz podszedł bliżej i spojrzał poprzez gęstą roślinność.

Na środku baśniowego ogrodu stał przygotowany do posiłku stół, przykryty śnieżnobiałą, flandryjską serwetą. Dwa piękne świeczniki ginęły w bukietach kwiatów o słodkich zapachach, a na stole pomiędzy nimi piętrzyły się piramidy tropikalnych owoców, ananasów, bananów, zielonych orzechów kokosowych oraz półmiski pełne pupuhna, dużych brzoskwiń gotowanych w osłodzonej wodzie.

Księżniczka z pomocą dwóch Metysek91 nakrywała do stołu. Ubrana była w suknię w kolorze morskiego błękitu, o brzegach wyszywanych brukselską koronką. Barwa ta jeszcze bardziej podkreślała bladość jej skóry i złote refleksy we włosach, które długim warkoczem opadały jej na plecy.

Nie założyła tego wieczoru klejnotów, choć żyjąc już tak długi czas wśród hiszpańskich i amerykańskich kobiet, mogła przyzwyczaić się do noszenia licznych błyskotek; jedyną jej ozdobą był podwójny sznur dużych, spiętych pięknym szmaragdem pereł, które zawiesiła sobie na śnieżnobiałej szyi.

Czarny Korsarz chciwie chłonął to zjawiskowe stworzenie; płonącym wzrokiem wpatrywał się w nie, śledząc najdrobniejszy ruch. Wydawał się być oślepiony tym surowym, północnym pięknem. Prawie nie oddychał — tak bardzo obawiał się je spłoszyć. W pewnej chwili nieświadomie ręką poruszył liście rosnącej nieopodal niewielkiej palmy.