Czarny Korsarz nachmurzył się; chciał jeszcze raz zaprzeczyć, ale zamilkł i wskazał dziewczynie krzesło:

— Usiądź, pani, kolacja stygnie. Szkoda by było nie zjeść tak wspaniale przygotowanych potraw.

Usiedli naprzeciw siebie. Do posiłku usługiwały im Metyski. Czarny Korsarz stał się nagle wylewny i czuły i mimo jedzenia chętnie rozmawiał, przejawiając poczucie humoru i okazując dużo grzeczności, jak przystało na szlachcica. Opowiadał jej o zwyczajach piratów i bukanierów, o ich wspaniałych czynach, niezwykłych przygodach, relacjonował przebieg najstraszliwszych bitew i najkrwawszych abordaży, opisywał tonące statki i zwyczaje kanibali. Nie wspomniał jednak ani słowem o wyprawie, na którą o świcie wyruszał z Franciszkiem l’Olonnais i Michałem Baskiem.

Flamandka słuchała go z uśmiechem, podziwiając w milczeniu jego poczucie humoru, wdzięk i niecodzienną gadatliwość; ani na chwilę nie odrywała od niego wzroku, raz po raz wracała też do tematu planowanej wyprawy, ciekawa i zmartwiona zarazem.

Słońce zaszło dwie godziny temu. Dopiero gdy księżyc wystawił swe oblicze znad krawędzi lasu, Czarny Korsarz wstał. Przypomniał sobie raptownie, że Francuz czeka na niego wraz z Baskiem i że do świtu powinien skompletować załogę „Błyskawicy”.

— Przy tobie czas upływa zbyt szybko! — powiedział. — Nie wiem, jaki tajemniczy wdzięk posiadasz, że zapomniałem o obowiązkach! Myślałem, że to ósma, a minęła już dziesiąta.

— Myślę, że po wielu morskich wyprawach najprzyjemniejszym odpoczynkiem jest posiłek we własnym domu — odparła.

— A ja myślę, że to jednak towarzystwo twoich pięknych oczu.

— Tym razem, panie, to ty uprzyjemniłeś mi dzisiejszy wieczór, nie wiadomo, czy znów będziemy mieli ku temu okazję, by spędzić wspólnie czas w tym baśniowym ogrodzie, z dala od morza i ludzi — dodała z nutą goryczy.

— Na wojnie można zginąć, ale czasem los jest łaskawy.