— Dobrze... Chciałam płynąć z tobą.
— A więc mnie kochasz! Powiedz mi: to prawda?
— Tak — szepnęła cichutko.
— Dziękuję ci... teraz bez strachu mogę pójść na spotkanie śmierci.
Wypuścił ją z ramion, wyciągnął krzesiwo i zapalił świece, które postawił w rogu kajuty, by światło nie odbijało się od powierzchni morza.
Honorata stanęła przy oknie. Owinięta w biały, koronkowy płaszcz, z kapeluszem na głowie, rękami kurczowo ściskała bijące serce. Jej błyszczące oczy spoglądały na Czarnego Korsarza, który stał przed nią wyprostowany jak struna, już nie blady, smutny i zadumany, lecz z uśmiechem na ustach, który zdradzał nieskończone szczęście.
Patrzyli tak na siebie bez słów, zadziwieni tym wzajemnym wyznaniem, być może długo skrywanym i żywionym, ale nieoczekiwanym. Czarny Korsarz chwycił dziewczynę za rękę, posadził na krześle i powiedział:
— Powiedz mi, pani, jakim cudem się tutaj znalazłaś? Przecież powiedziałem ci „żegnaj” w moim własnym domu. Nie mogę ciągle uwierzyć, że tu jesteś.
— Powiem ci, panie, jeśli dasz mi słowo, że wybaczysz moim wspólnikom.
— Wspólnikom?