— Za co tak bardzo go nienawidzisz?
— Zabił mi trzech braci i dopuścił się strasznej zdrady.
— Jakiej?
Czarny Korsarz nie odpowiedział. Zrobił się ponury jak chmura gradowa i zaczął krążyć po kajucie. Honorata obserwowała go z żywym niepokojem na twarzy. W końcu usiadł obok niej i powiedział:
— Posłuchaj mnie i sama oceń, czy moja nienawiść jest uzasadniona.
Dziesięć lat już minęło od tamtych czasów, lecz pamiętam wszystko, jakby to było wczoraj. W 1686 pomiędzy Francją i Hiszpanią wybuchła wojna o Flandrię94. Ludwik XIV, będąc u szczytu swojej potęgi, jak żaden władca pożądał sławy. Jego największym pragnieniem było zdeptanie Hiszpanów, którzy pod wodzą księcia Alby bezkarnie najeżdżali francuskie wsie i miasteczka, biorąc je w jarzmo ogniem i żelazem, i którzy odnosili wszędzie zwycięstwa, mając nad francuskim wojskiem przewagę w polu. W tamtym czasie Ludwik XIV miał silne wpływy w Sabaudii95 i zażądał zbrojnego wsparcia od księcia Wiktora Amadeusza II. Władca Sabaudii władał mało liczącym się państewkiem, nie mógł więc odmówić i wysłał królowi trzy najlepiej uzbrojone regimenty96: z Aosty, z Nicei i z Mariny. W tym ostatnim ja i moi trzej bracia służyliśmy jako oficerowie; najstarszy z nas miał trzydzieści lat, najmłodszy, ten, który później stał się Zielonym Korsarzem, zaledwie dwadzieścia. Wraz z naszym regimentem udaliśmy się na flandryjską granicę, gdzie okrywając się chwałą, odnieśliśmy wiele zwycięstw w potyczkach nad brzegami Skaldy, w Gand i w Torunay. Wojska sprzymierzone zwyciężały na wszystkich frontach, sukcesywnie spychając Hiszpanów w stronę Antwerpii. Pewnego dnia, który był dla nas wyjątkowo pechowy, część naszego regimentu zapuściła się aż do ujścia Skaldy i zajęła opuszczoną przez nieprzyjaciela twierdzę zbudowaną na skale. Tam zaskoczył nas wróg, który przewyższał nas liczebnie, a atak był tak nagły, że ledwo udało nam się uciec za mury, zabierając ze sobą artylerię. Znaleźliśmy się w oblężeniu; dookoła nas nieprzyjacielskie wojska, które przewyższały nas dziesięciokrotnie, zacieśniały krąg, na domiar złego byliśmy całkowicie odcięci od sprzymierzonych z nami Francuzów. Hiszpanie za wszelką cenę chcieli odbić twierdzę, która była dla nich jednym z ważniejszych punktów strategicznych strzegących brodów na Skaldzie. Nie mieliśmy innego wyjścia jak poddać się albo zginąć w obronie warowni. Układanie się z Hiszpanami nie wchodziło w grę. Złożyliśmy przysięgę, że będziemy bronić proporca książąt sabaudzkich, choćby miało nas to kosztować życie pod gruzami szańca.
Ludwik XIV na dowódcę naszego regimentu wyznaczył — do dziś nie wiem, z jakiego powodu — podeszłego już wiekiem flamandzkiego księcia. Był to doświadczony żołnierz, zasłużony na polu walki i to on dowodził obroną podczas oblężenia. Wrogowie nacierali nieustannie, a my z jednakową siłą odpieraliśmy ich ataki. Każdego dnia artyleryjski ogień wroga niszczył nasze bastiony i stanowiska, a my za każdym razem trwaliśmy w gotowości, nocą naprawiając zniszczone szańce. Oblężenie trwało piętnaście długich dni i nocy i obu stronom przyniosło wiele strat. Gdy tylko Hiszpanie wzywali nas do poddania się, w odpowiedzi na ich haniebną propozycję natychmiast słaliśmy im za mury porcję żelaza.
Mój najstarszy brat był sercem całej obrony; odważny, silny, doskonale władał bronią, śmiało dowodził artylerią i piechotą, zawsze pierwszy w ataku, ostatni w odwrocie. Jego nieugięta postawa zrodziła w sercu Flamandczyka ślepą zazdrość, co — jak się okazało — miało dla nas straszne konsekwencje. Niepomny na przysięgę złożoną sabaudzkim książętom i nie bacząc na to, że splamił imię jednego z najświetniejszych rodów, Flamandczyk poszedł na układy z Hiszpanami i zdradził im wejście do twierdzy. Ceną za ten nikczemny układ było stanowisko gubernatora w południowoamerykańskich posiadłościach i pokaźna suma pieniędzy. Pewnej nocy z pomocą swoich flamandzkich krewniaków otworzył tajemne przejście, przez które podkradli się hiszpańscy żołnierze, czekający na znak w pobliżu twierdzy. Mój starszy brat wraz z kilkoma wojakami stał na straży nieopodal wyjścia z tunelu. Od razu zorientował się, że Hiszpanie weszli do środka, i wszczął alarm. Niestety! Zdrajca z pistoletami gotowymi do strzału zaczaił się na niego za rogiem bastionu. Gdy nadbiegł mój brat, wystrzelił prosto w niego, śmiertelnie go raniąc. Wrogowie wdarli się do środka, atakując nas z dziką furią. Walczyliśmy o każdy fragment muru, o każdy szaniec, lecz na próżno, twierdza upadła. Ja i moi pozostali przy życiu bracia wraz z grupą zaufanych osób salwowaliśmy się ucieczką do Coutray. Powiedz mi zatem pani, przebaczyłabyś takiemu człowiekowi?
— Nie, panie — odparła księżniczka.
— I tak też było. Przysięgaliśmy, że zabijemy zdrajcę i pomścimy śmierć naszego brata. Po zakończeniu wojny szukaliśmy go długo, najpierw we Flandrii, potem w Hiszpanii. Kilka lat później dowiedziałem się, że został mianowany gubernatorem jednej z największych amerykańskich kolonii. Nie namyślając się długo, razem z braćmi wyruszyliśmy za ocean, a pragnienie zemsty i ukarania zdrajcy trawiło nas jak gorączka. By go dosięgnąć, staliśmy się korsarzami. Zielony Korsarz, który miał z nas najmniej doświadczenia, krewki był bardzo i niecierpliwy, pewnego dnia odpłynął spróbować szczęścia. Nie udało mu się; los go nie oszczędził, wpadł w ręce naszego wroga i został powieszony jak pospolity rzezimieszek. Nie lepszy los czekał Czerwonego Korsarza. Obu osobiście zdjąłem z szubienicy. Spoczywają teraz na dnie morza, gdzie czekają na zemstę, i jeśli mi Bóg dopomoże, za dwie godziny dopełnię złożonej przysięgi.