— Ilu ich jest?
— Jeden oficer i siedmiu zaufanych żołnierzy. Tylko mała grupa jest w stanie przedrzeć się przez gęstą dżunglę porastającą wybrzeże.
— A gdzie się podziali pozostali żołnierze?
— Pouciekali każdy w inną stronę.
— Dobrze wiedzieć — odparł Czarny Korsarz. — Ruszajmy w pościg, ten niegodziwiec Van Gould nie zazna spokoju ani za dnia, ani w nocy. Czy ma ze sobą konie?
— Owszem, ale wkrótce je porzuci, bo nic mu tam po nich.
— Zaczekaj tu na mnie.
Czarny Korsarz wszedł do jednej z komnat i usiadł przy biurku, na którym leżał papier, kilka piór i kosztowny kałamarz z brązu.
Na kartce papieru skrobnął kilka następujących linijek:
„Mój drogi Piotrze, podążam przez lasy tropem Van Goulda w towarzystwie Carmaux, Van Stillera i mojego Afrykańczyka. Miej pieczę nad moim statkiem i nad moimi ludźmi. Gdy już złupicie miasto, dołącz do mnie w Gibraltarze. Są tam skarby o wiele drogocenniejsze niż te, które znajdziesz w Maracaibo.