— Sami widzicie! — wykrzyknął triumfalnie Katalończyk. — Podążał tą drogą gubernator wraz ze swoim kapitanem i siedmioma żołnierzami, z których jeden poruszał się pieszo, gdyż jego koń w chwili ucieczki upadł i złamał nogę.
— To ten, którego widzieliśmy — odparł Czarny Korsarz. — Myślisz, że mają nad nami dużą przewagę?
— Jakieś pięć godzin.
— To całkiem sporo, ale przecież jesteśmy wszyscy wytrawnymi piechurami.
— Nie wątpię, niech wam się jednak nie wydaje, że dogonimy ich dzisiaj czy jutro. Śmiem twierdzić, że nie znacie wenezuelskiej dżungli i nie macie pojęcia, ile niespodzianek może nam szykować.
— A któż niby miałby nam te niespodzianki szykować?
— Zwierzęta i dzikusy.
— Nie straszni nam są ani jedni, ani drudzy.
— Karaibowie są groźni.
— Nie będą mniej groźni dla samego gubernatora.