— Tyle że to jego, a nie nasi sprzymierzeńcy.

— Czyżby był z nimi w zmowie i ich na nas napuścił?

— Bardzo możliwe, panie kapitanie.

— Nie dbam o to. Dzikusy nigdy nie napawały mnie strachem.

— Chodźmy więc, caballeros. Przed nami wielka puszcza.

Ścieżka kończyła się tam, gdzie zaczynał się nieprzebyty gąszcz, niebotyczny mur tworzony przez bujną roślinność i kolosalne pnie drzew. Zdawał się nie mieć w sobie żadnej szczeliny, przez którą jeźdźcy mogliby się przecisnąć.

Trudno sobie w ogóle wyobrazić bogactwo flory porastającej wilgotne i ciepłe połaci Ameryki Południowej, zwłaszcza wzdłuż ogromnych rzek.

Na tym dziewiczym terenie, na bieżąco użyźnianym liśćmi i owocami, które gromadzą się tam przez długie lata, zadomowiły się gatunki najprawdopodobniej niespotykane na innych obszarach kuli ziemskiej. Nawet najmniejsze i najbardziej niepozorne spośród rosnących tam roślin osiągają gigantyczne rozmiary.

Czarny Korsarz i Hiszpan stali przed niebotycznym zielonym murem, wytężając słuch, a dwaj piraci i Murzyn uważnie wodzili wzrokiem po okolicznych krzakach w obawie przed jakąś zasadzką.

— Którędy mogli przejść? — zapytał Czarny Korsarz Hiszpana. — Nie widzę żadnych prześwitów w tej gęstwinie.