— Hmm... — zamruczał w zamyśleniu Katalończyk. — Przecież nie mogli się rozpłynąć w powietrzu! Przynajmniej taką mam nadzieję. Nie mógłbym się wówczas odwdzięczyć za tych dwadzieścia pięć razów, od których jeszcze teraz pieką mnie plecy.
— No chyba że ich konie mają skrzydła — odparł Czarny Korsarz.
— Gubernator to szczwany lis i na pewno zaciera za sobą ślady. Nie słychać tam żadnych głosów pośród krzaków?
— Mam wrażenie, że to szum rwącego potoku — odrzekł Carmaux.
— W takim razie wszystko jasne — powiedział Katalończyk.
— Co takiego? — zapytał Czarny Korsarz.
— Za mną, caballeros.
Żołnierz cofnął się, rozglądając się uważnie po ziemi, aż w końcu odnalazł ślady pozostawione przez konie. Następnie wszedł pomiędzy drzewa zwane cari, które wyglądem przypominają palmy, mają kolczaste pnie i wydają rosnące w kiściach owoce podobne do kasztanów.
Bacząc, by ostre i długie kolce nie poszarpały mu ubrania, dotarł do miejsca, z którego według Carmaux dochodził szum wody.
Rozejrzał się jeszcze raz dookoła, szukając pośród liści śladów końskich kopyt, po czym przyśpieszył kroku. Zatrzymał się dopiero na brzegu szerokiej na siedem, może dziesięć stóp czarniawej rzeczki.