Wtem rozległ się drugi wybuch, silniejszy od poprzedniego. I znów grad pocisków spadł na rzekę.
— To bomba? — krzyknął Carmaux, cofając się.
— Tak, tyle że roślinna — odpowiedział Katalończyk. — Dla mnie to nie nowość.
Skierował się na lewo, wskazując członkom wyprawy drzewo, którego wygląd wskazywał na przynależność do rodziny wilczomleczowatych, wysokie na około osiemdziesiąt, sto stóp, o szerokich na osiem, dwadzieścia cali liściach oraz pokrytych kolcami pniu i gałęziach, z których zwisały pękate owoce, otulone przypominającą korę powłoką.
— Uważajcie — powiedział — bo owoce nie nadają się do jedzenia.
Wtem jedna z tych roślinnych bomb wybuchła z ogłuszającym hukiem, rozrzucając na wszystkie strony drobne ziarenka.
— Nie macie się czego obawiać, nic wam nie grozi — odrzekł Katalończyk na widok odskakujących do tyłu Van Stillera i Carmaux. — To zwykłe nasiona. Gdy owoc więdnie, jego skóra grubieje i twardnieje, by po jakimś czasie na skutek fermentacji wybuchnąć, rozrzucając na znaczną odległość zgromadzone wewnątrz w szesnastu komorach nasiona.
— Czy te owoce są chociaż smaczne?
— Zawierają mleczną substancję, którą pożywiają się wyłącznie małpy — odparł Katalończyk.
— Do diabła z drzewami-bombami! — wykrzyknął Carmaux. — Byłem przekonany, że to Hiszpanie od gubernatora wzięli nas na cel.