— Nie traćmy czasu i ruszajmy w drogę — powiedział Czarny Korsarz. — Nie zapominajcie, że to jest pościg.
Kontynuowali marsz, brodząc w rzeczce. Po przejściu niespełna trzystu jardów ujrzeli przed sobą taki oto widok: coś dużego, obłego, czarnego wystawało ponad powierzchnię wody i hamowało jej nurt.
— Czyżby znów jakieś „bombowe” drzewo? — zapytał Carmaux.
— Coś o wiele bardziej „bombowego”. Jeśli mnie wzrok nie myli, są to konie gubernatora i jego oddziału.
— Zachowajcie ostrożność — rzekł Czarny Korsarz. — Mogą się czaić w okolicy.
— Szczerze w to wątpię — odparł Katalończyk. — Gubernator zdaje sobie sprawę, z kim ma do czynienia, dobrze wiedział, że rzucisz się za nim w pogoń.
— Być może, tym niemniej bądźmy ostrożni.
Trzymali broń w gotowości, ustawili się gęsiego, żeby na wypadek nagłego ostrzału nie dać się pozabijać wszyscy naraz. Ruszyli przed siebie w milczeniu, kryjąc się pod gałęziami drzew, które splatały się ze sobą nad rzeczką, tworząc osobliwy tunel. Katalończyk zatrzymywał się co dziesięć, dwanaście kroków, nadstawiał ucha i rozglądał się, czy pośród lian i gałęzi nie czai się przypadkiem jakieś zagrożenie.
Stąpali niezwykle ostrożnie, aż w końcu zbliżyli się do dostrzeżonych z odległości czarnych, obłych plam... Wcale im się to nie przywidziało. Zatopione do połowy w mulistej wodzie leżały pokotem, jedno obok drugiego, truchła ośmiu koni.
Gdy Katalończyk i Afrykańczyk wyciągnęli na brzeg jedno zwierzę, zauważyli, że podcięto mu gardziel navają.