— Dla nas marynarzy to przecież pestka — powiedział Carmaux. — No już, raz-dwa, raz-dwa!

Katalończyk uniósł do góry swoje nieskończenie długie, pajęcze ramiona i wspiął się na grube drzewo, a w ślad za nim poszli pozostali, powtarzając tę czynność z godną podziwu zręcznością. Wojak z pierwszej gałęzi przestąpił na kolejną, z niej zaś na jeszcze następną, która należała już do innego drzewa. Kontynuował tę nadrzewną wędrówkę przez jakieś prawie sto trzydzieści stóp, nie przestając jednocześnie bacznie obserwować gałęzi i liści otaczających go drzew. Kiedy znalazł się pośród skupiska lian, uchwycił się jednej z nich, po czym z tryumfalnym okrzykiem zeskoczył na ziemię.

— Hejże, Katalończyku, czyżbyś znalazł jakiś złoty kamyk? — krzyknął Carmaux. — Podobno jest ich w tych stronach zatrzęsienie.

— To mizerykordia. Jej wartość może być większa niż złoto. Zwłaszcza w sercu Van Goulda.

Czarny Korsarz też zeskoczył na ziemię, po czym podniósł leżący na niej zdobiony metodą damaskinażu104 nóż o smukłym i ostrym ostrzu.

— Pewnie zgubił go oficer, który towarzyszy gubernatorowi — orzekł Katalończyk. — Widziałem, że nosił go wcześniej u pasa.

— A więc tędy szli... — rzekł Czarny Korsarz.

— Patrzcie tam! W zaroślach wydrążyli siekierami tunel. Pamiętam, że każdy z nich miał u siodła swoją.

— Świetnie — odparł Carmaux. — Oszczędzili nam fatygi, dzięki temu będziemy mogli się szybciej poruszać.

— Cisza! — wykrzyknął Czarny Korsarz. — Nic nie słychać?