Katalończyk wytężył słuch, po czym odparł:
— Nic a nic.
— Znakiem tego są daleko od nas. Gdyby byli w pobliżu, byłoby słychać odgłosy ich siekier.
— Mają nad nami prawie pięciogodzinną przewagę.
— To sporo, miejmy nadzieję, że uda nam się to nadrobić.
Szli przed siebie ścieżką-tunelem, którą uciekinierzy wyrąbali w dziewiczym lesie. Nie sposób było pomylić drogę, albowiem wykarczowane gałęzie, które leżały na ziemi, nie zdążyły jeszcze uschnąć.
Chcąc zyskać przewagę, Katalończyk i piraci zaczęli biec. Jednakże wkrótce musieli zwolnić, albowiem na ich drodze wyrosła przeszkoda, którą zarówno Murzyn, który nie był wcale obuty, jak i Carmaux i Van Stiller, którzy wprawdzie mieli na sobie buty, ale niewystarczająco wysokie, mogli pokonać jedynie przy zachowaniu dużej ostrożności.
Przeszkodę tę stanowiła gęsto porastająca okolicę kolczasta ansara, która występuje w dużych skupiskach w dziewiczych lasach Wenezueli i Gujany, uniemożliwiając przemarsz każdemu, kto nie ma na sobie solidnych, wysokich butów z grubej skóry.
— Do stu tysięcy bomb i kartaczy! — wykrzyknął Van Stiller, który jako pierwszy postanowił przeprawić się przez kolczastą zasadzkę. — Co to ma być? Droga do piekła? Będziemy potem wyglądać jak święty Bartłomiej105 po torturach.
— Na flaki rekina! — krzyknął Carmaux, który jak porażony odskoczył do tyłu. — Będziemy kuśtykać po przejściu przez ten oset! Leśni czarodzieje powinni byli umieścić przy wejściu do lasu tabliczkę z napisem: „Przejścia nie ma!”.