— A to ci dopiero! — wykrzyknął Carmaux wesół jak szczygieł. — Czyżbyś wypatrzył jakieś stado krów? Jeśli tak, to przeróbmy je na steki.

— Nie ma mowy o żadnych stekach, bo póki co nie ma żadnych krów.

— To w takim razie skąd to mleko?

— Z darzymleczni.

— Będziemy doić drzewo?

Katalończyk poprosił Carmaux o manierkę i podszedł do drzewa o rozłożystych liściach i o szerokim pniu, gładkim i wysokim na jakieś sześćdziesiąt pięć stóp, wspartym na grubych korzeniach, które nie miały wystarczająco dużo miejsca, żeby wrosnąć w ziemię, po czym zamachnął się kordelasem i zrobił w korze głębokie nacięcie. Po chwili z rany popłynęła strużka białego, gęstego płynu, wyglądem i smakiem przypominającego mleko.

Wszyscy ugasili pragnienie pożywnym napojem, po czym kontynuowali swoją wędrówkę pośród bambusów, ogłuszeni przenikliwym wizgiem jaszczurek.

Teren robił się coraz bardziej grząski. Woda rozlewała się pod stopami, tworząc powiększające się w mgnieniu oka kałuże.

Chmary ptactwa wodnego wskazywały na bliską obecność mokradeł i grzęzawisk. Widać było stada bekasów, kszyków, wężówek amerykańskich, które swą nazwę zawdzięczają długiej, cienkiej, wężowatej szyi zakończonej małą głową; poza tym gatunek ten charakteryzuje się długim, sztyletowatym dziobem i szorstkimi, srebrzyście połyskującymi piórami. Wszędzie roiło się od kleszczojadów gładkodziobych, ptaków nieco mniejszych od sroki, o ciemnozielonych piórach, których brzegi połyskiwały fioletową barwą.

Hiszpan zwolnił nieco kroku w obawie, że zaraz straci grunt pod nogami, gdy nagle od przodu dobiegł ich przeciągły pomruk, a zaraz za nim odgłos czegoś spadającego na ziemię i chlupot mokradeł.