Nieopodal mokradeł pojawiła się też grupa małp, które przywędrowały z głębi lasu. Były to makaki iwi o miękkiej jak jedwab sierści o czarno-szarej barwie i długiej białej brodzie, która je postarzała i przydawała dostojeństwa.
Małpie matki szły za samcami, niosąc na ramionach swoje młode, jednak na widok piratów nagle przyśpieszyły kroku i czmychnęły przed siebie, pozostawiając samcom obowiązek obrony małpiej rodziny.
W samo południe, na widok zmęczenia malującego się na twarzach piratów po nieprzerwanej, wielogodzinnej wędrówce, Czarny Korsarz zarządził postój, zezwalając wszystkim na zasłużony odpoczynek.
Chcąc zachować na czarną godzinę skromny prowiant, który ze sobą zabrali i który mógł w sercu wielkiego lasu okazać się niezwykle cenny czy wręcz zbawienny, postanowili wybrać się na łowy i poszukać jakichś owoców.
Hamburczyk i Murzyn rozejrzeli się po okolicznych drzewach. Szczęście im sprzyjało, bowiem niemal od razu natrafili na rosnącą na brzegu mokradeł przepiękną palmę bacaba, która wydaje kwiaty kremowego koloru i która, gdy ją lekko naciąć, wydziela jakby winny nektar. Poza nią natrafili także na jadibicabeira, wysokie na dwadzieścia, dwadzieścia dwie stopy drzewo o ciemnozielonym ulistnieniu, rodzące owoce w kształcie i wielkości pomarańczy, ale koloru jaskrawożółtego, o bardzo delikatnym i smakowitym miąższu.
Carmaux i Katalończyk natomiast podjęli się upolowania zwierzyny, ponieważ ich zadaniem było zadbać także o wieczorny posiłek.
Widząc, że obrzeża grzęzawisk zamieszkiwało jedynie trudne do upolowania ptactwo, i nie chcąc tracić cennego czasu, postanowili zapuścić się w głąb puszczy; mieli bowiem nadzieję, że uda im się upolować mulaka białoogonowego czy podobnego do dzika pekariowca obrożnego.
Polecili swoim kamratom, by tymczasem rozpalili ognisko, po czym bezzwłocznie oddalili się szybkim krokiem w stronę puszczy, zdawali sobie bowiem sprawę, jak bardzo Czarnemu Korsarzowi zależało na czasie i na pochwyceniu tego łotra Van Goulda.
W ciągu piętnastu minut przedarli się przez trzciniaste zarośla i mucumucú, aż w końcu znaleźli się na skraju dziewiczego lasu, na rozległej polanie, którą szczodrze porastały olbrzymie cedry, rozmaite palmy, kolczaste kaktusy, wielkie słoneczniki i wspaniała szkarłatna szałwia meksykańska.
Katalończyk zatrzymał się na chwilę, nasłuchując, czy nie ma w pobliżu jakiejś zwierzyny łownej, lecz pod baldachimem bujnej roślinności panowała absolutna cisza.