— A miał w planach zaatakować miasto? — zapytał z niepokojem Katalończyk.
— Być może, zobaczymy — odpowiedział wymijająco Czarny Korsarz.
— Chcę powiedzieć, że jeśli miałoby do tego dojść, nigdy nie będę walczył przeciwko moim rodakom, panie — powiedział ze wzruszeniem w głosie Katalończyk. — Żołnierz nie może podnieść ręki na miasto, na którego murach łopocze flaga jego kraju. Dopóty, dopóki chodzi o Flamandczyka Van Goulda, jestem gotów wciąż cię wspierać, ale na nic więcej się nie zgodzę. Już wolałbym zawisnąć na szubienicy.
— Doceniam przywiązanie do ojczyzny — odparł Czarny Korsarz. — Gdy tylko złapiemy Van Goulda, będziesz mógł odejść i bronić Gibraltaru.
— Dziękuję, caballero, do tej chwili jestem do usług.
— A zatem w drogę, bo inaczej...
Zebrali broń, resztkę prowiantu i ruszyli w drogę, kierując się ścieżką prowadzącą wzdłuż mokradeł, które na tym odcinku nie były porośnięte roślinami o długich łodygach.
Było upalnie, żar lał się z nieba, a w dodatku szli drogą nieocienioną. Jednakże piratom, przyzwyczajonym do wysokich temperatur panujących na Morzu Karaibskim i w Zatoce Meksykańskiej, gorejący upał nieszczególnie dokuczał. Tym niemniej lało się z nich strumieniami, a ich koszule można było wyżymać z potu.
Martwe, stęchłe wody mokradeł oświetlało oślepiające słońce, którego promienie odbite od powierzchni boleśnie raziły oczy wędrowców. Ponad nią natomiast unosiła się jakby mgła; był to niebezpieczny zaduch, mogący wywołać śmiertelną w skutkach tropikalną gorączkę.
Na szczęście około czwartej po południu w oddali ukazał się już przeciwległy brzeg grzęzawiska, które zwężało się powoli, wcinając się w głąb ogromnej dżungli.