Choć żmudna wędrówka nadwątliła już siły pirackiej braci i Katalończyka, gnali co sił w nogach. Już mieli zagłębić się w leśne czeluści, kiedy zamykający pochód Moko skierował uwagę wszystkich na obły czerwony kształt, który odcinał się na brudnozielonej powierzchni moczar.

— Jakiś ptak? — zapytał Carmaux.

— To mi raczej wygląda na hiszpański beret — powiedział Katalończyk. — Widzicie tę wiązkę wystających z niego piór?

— Kto też mógł go wrzucić do tego bagniska? — zapytał Czarny Korsarz.

— Sądzę, że tu chodzi o coś o wiele groźniejszego, panie — odparł Katalończyk. — Jeśli się nie mylę, to jedno z tych bagnisk, w które wystarczy raz nastąpić, żeby już nigdy z nich nie wyjść.

— Co chcesz przez to powiedzieć?

— Że być może pod tą czapką jest jakiś nieszczęśnik, którego błoto wchłonęło żywcem.

— Chodźmy i sprawdźmy!

Zboczyli z obranej drogi i skierowali się w stronę tych długich na około czterysta jardów mokradeł i na tyleż samo szerokich. Znajdowali się teraz w na wpół wyschniętej, bagiennej niecce. Kiedy podeszli bliżej, zauważyli, że istotnie był to jeden z tych dwukolorowych — czerwono-żółtych — beretów, zdobnych w pióra, bardzo często noszonych przez Hiszpanów. Leżał na powierzchni bagniska, w samym środku lejowatego wgłębienia, a tuż obok wystawało pięć palców w kolorze, który zmroził piratom krew w żyłach.

— Toż to ludzka ręka! — wykrzyknęli Carmaux i Van Stiller.