— Przekonajmy się zatem na własnej skórze, jacy są ci tutejsi Indianie — powiedział Carmaux. — Na pewno nie będą ani piękniejsi, ani groźniejsi od innych.

— Miej się na baczności, caballero — powiedział Katalończyk. — Wenezuelscy czerwonoskórzy to ludożercy i zapewniam cię, że radzi by byli wrzucić cię na ruszt.

— Na flaki rekina! — wykrzyknął Van Stiller. — Przyjacielu, pilnujmy zatem naszych żeberek!

Rozdział XXV. Ludożercy z dziewiczego lasu

Piraci zagłębili się w dziewiczą dżunglę, zatracając się w bujnej leśnej roślinności i niezmierzonym drzewostanie. Na swej drodze napotykali dziesiątki rozmaitych gatunków roślin: liczne skupiska palm, na przykład Oenocarpus bacaba; cekropki, ze względu na cudaczny układ gałęzi znane także jako drzewa-kandelabry; tak zwane cari, rodzaj palm o pniach i gałęziach porośniętych kolcami, które skutecznie bronią do nich dostępu; Mauritia flexuosa, inny rodzaj palmy, niebotycznie wysoki, o liściach tworzących szeroki wachlarz; jak również sipò, potężne i długie liany, wykorzystywane przez Indian do budowy szałasów.

Obawiając się przykrych niespodzianek, stąpali z niezwykłą ostrożnością, nadstawiali ucha i przepatrywali najgęstsze zarośla, w których mogli się czaić Indianie.

Odgłos już się nie powtórzył, wszystko jednak wskazywało na to, że ktoś tamtędy przechodził. Ptaki odfrunęły, nie było też śladu po małpach; z pewnością spłoszyła je obecność tubylców, ich odwiecznych nieprzyjaciół, którzy bezustannie na nie polują, gdyż małpie mięso jest ich największym przysmakiem.

Tu i ówdzie można było dostrzec świeżo połamane gałęzie, poruszone liście, ścięte chwilę temu liany, z których sączyły się jeszcze krople soku.

Szli już tak od dwóch godzin, wyczuleni na najdrobniejszy szmer, bacznie trzymając się obranej drogi prowadzącej na południe. W pewnym momencie usłyszeli dźwięki wydobywające się najprawdopodobniej z jednej z indiańskich piszczałek wykonanych z bambusa.

Czarny Korsarz gestem dłoni dał znak, żeby wszyscy się zatrzymali.