— To sygnał, prawda? — zapytał Katalończyka.
— Tak, panie — odpowiedział tamten. — Trudno się łudzić, że jest inaczej.
— Indianie są już tuż, tuż.
— Być może nawet bliżej, niż nam się wydaje. Znajdujemy się pośród gęstych zarośli, które świetnie nadają się na pułapkę.
— Co radzisz zrobić? Czekamy, aż się pokażą, czy kontynuujemy wędrówkę?
— Jeśli zobaczą, że się zatrzymujemy, mogą pomyśleć, że się boimy. Idźmy dalej. A ci, którzy staną nam na drodze, będą się musieli z nami zmierzyć.
Odgłosy fletu stawały się coraz bliższe. Wydawało się, że dochodzą z gąszczu palm cari, które ze względu na swoje najeżone długimi i ostrymi kolcami pnie stanowią niezwykle trudną do pokonania przeszkodę.
— Van Stillerze — powiedział Czarny Korsarz, zwracając się do hamburczyka — postaraj się uciszyć tego tajemniczego, leśnego muzykanta.
Marynarz, który był doświadczonym strzelcem, wycelował w stronę zarośli, próbując namierzyć indiańskiego grajka, a raczej dostrzec miejsce, w którym poruszały się liście. Następnie nacisnął spust i strzelił na chybił trafił.
Zaraz za głośnym wystrzałem dało się słyszeć krzyk, który po chwili przemienił się w wybuch śmiechu.