— Do stu diabłów! Spudłowałeś.

— Do stu piorunów! — wykrzyknął Van Stiller wściekły jak osa. — Gdybym chociaż dojrzał kawałek jego czerepu, nie byłoby temu szubrawcowi do śmiechu.

— Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło — odpowiedział Czarny Korsarz. — Teraz przynajmniej wiedzą, że jesteśmy uzbrojeni, więc będą się mieli na baczności. Naprzód, moje wilki morskie!

Dżungla stała się ponura i dzika. Piratów pochłonął prawdziwy labirynt drzew, olbrzymich liści, gąszcz lian i monstrualnych korzeni. Przez zwarte sklepienie zieleni z trudem przenikały słoneczne promienie.

U podnóża kolosów zwrotnikowej flory panowały w dodatku wilgoć i zaduch niczym w szklarni, przez co przemierzający rozległe połaci puszczy śmiałkowie niemiłosiernie się pocili.

Szli przed siebie gęsiego, w niedużej odległości jeden od drugiego, trzymając muszkiety gotowe do strzału, nasłuchując i bacznie się rozglądając. Krok za krokiem zagłębiali się coraz dalej w samo serce niezmierzonej puszczy.

Rozglądali się dookoła, świdrowali spojrzeniem zarośla i krzaki, przyglądali się uważnie korzeniom i girlandom. Wystarczy, że w zasięgu ich wzroku pokaże się Indianin, a palec bez wahania naciśnie spust.

Złowrogiej ciszy zalegającej w dziewiczym lesie nie zakłócił już więcej żaden inny odgłos. Jednak ani Czarny Korsarz, ani jego kamraci wcale nie czuli się przez to spokojniejsi, nie łudzili się, że nie grozi im niebezpieczeństwo. Wręcz przeciwnie, silny niepokój drążył ich serca, wyczuwali obecność wroga, który — choć był zaledwie o krok — pozostawał świetnie zamaskowany w leśnej gęstwinie.

Labirynt roślinności zagęścił się, w końcu natrafili na barierę chaszczy, przez którą trudno byłoby się przedostać. Panował tam jeszcze większy mrok.

Nagle Katalończyk przykucnął, po czym uskoczył za konar drzewa.