— Piaye? Czyli kto?
— Czyli czarownik.
Piraci zerwali się na równe nogi, trzymając w dłoniach muszkiety, albowiem za nic w świecie nie ufali tym ludożercom.
Spośród zarośli wyszedł Indianin, a za nim dwóch grajków.
Był to sędziwy starzec średniego wzrostu, jak zresztą większość wenezuelskich Indian, szeroki w barach, muskularny, o ziemistożółtej karnacji, być może nieco ciemniejszy z racji obyczaju kultywowanego przez Indian, a polegającego na wcieraniu sobie w skórę maści z oleju rybnego, z orzechów kokosowych i arnoty właściwej, co skutecznie chroniło przed ukąszeniami bezlitosnych komarów.
Jego okrągłej i szerokiej twarzy, na której malował się bardziej smutek niźli wściekłość, nie okalała broda, tubylcy bowiem mają w zwyczaju ją sobie wyrywać. Głowę natomiast porastała czarna czupryna o ciemnoniebieskim połysku.
Jako piaye całego plemienia, poza czymś w rodzaju spódnicy z błękitnej wełny miał na sobie całą kopalnię błyskotek i ozdób: naszyjniki z muszelek, pierścionki z rybich ości wykonane z dużą pieczołowitością, bransoletki z kości, zębów, pazurów jaguarów, z dziobów tukanów, z kawałków kryształu górskiego i z litego złota. Na głowie miał diadem z długich piór ary szafirowej, ary ararauny i bażanta złocistego. Jego nos natomiast przetykała rybia ość, długa na prawie cztery kciuki.
Pozostali dwaj też mieli na sobie spódniczki i ozdoby, ale w skromniejszym wydaniu, uzbrojeni byli za to w długie łuki wykonane z drzewa żelaznego113, garść strzał z grotem z kości i z krzemienia oraz w tak zwane butú, czyli długą na ponad czterdzieści cali maczugę zakończoną kolcami i pomalowaną w wielobarwną kratę.
Piaye zatrzymał się w odległości pięćdziesięciu jardów od drzewa, gestem ręki uciszył obu grajków, po czym krzyknął donośnym głosem w bardzo kiepskim hiszpańskim:
— Biali ludzie mnie słuchać!