— Biali ludzie cię słuchać — odpowiedział mu Katalończyk.

— Wy znajdować się na terytorium należącym do plemienia Arawaków. Kto białym dać prawo, by biali naruszać granice naszego lasu?

— Nie mamy żadnego zamiaru niszczyć lasów należących do plemienia Arawaków — odpowiedział mu Katalończyk. — My je tylko przemierzamy, żeby dotrzeć do terenów zamieszkiwanych przez białych ludzi, znajdujących się na południe od zatoki Maracaibo. W stosunku do czerwonych ludzi jesteśmy nastawieni przyjacielsko i nie chcemy wszczynać z nimi wojny.

— Trudno nam uwierzyć w przyjaźń białych ludzi. Czerwoni ludzie już swoje wiedzą. Te dzikie lasy są nasze. Wracajcie więc, skąd przybyliście, albo was wszystkich zjemy.

— Do czorta! — wykrzyknął Carmaux. — Jeśli dobrze zrozumiałem, chcą nas usmażyć na rożnie.

— My nie mamy nic wspólnego z tymi białymi ludźmi, którzy podbili tereny wzdłuż wybrzeża i którzy zniewolili Karaiby. To nasi śmiertelni wrogowie. Przemierzamy te lasy, żeby dorwać garstkę tych, którym udało się uciec — powiedział Czarny Korsarz, wychodząc z ukrycia.

— Ty tutaj dowodzisz? — zapytał piaye.

— Tak, dowodzę oddziałem białych ludzi, którzy mi towarzyszą.

— I podążasz za innymi białymi ludźmi?

— Tak. Bo chcę ich zabić. Przechodzili tędy?