Przed splecionym z gałęzi szałasem, zadaszonym szerokimi liśćmi palmowymi, na wpół ukrytym pod cujerą, olbrzymią rośliną ocieniającą częstokroć tubylcze chaty i obfitującą w podobne do dyni owoce siedział czarnoskóry mężczyzna budową ciała przypominający Herkulesa24: szeroki w barkach, o bardzo umięśnionych ramionach i nogach, które z pewnością skrywały wielką siłę.

Miał mięsiste wargi, płaski nos i wystające kości policzkowe. W jego twarzy było coś dziecięcego, biła z niej bliżej nieokreślona naiwna dobroć.

Mężczyzna siedział na pniu drzewa i grał na flecie z cienkiej trzciny bambusowej, wydobywając z niego łagodne, przeciągłe dźwięki, które wywoływały w słuchającym przedziwną niemoc.

Przed nim wił się posłusznie z tuzin najbardziej niebezpiecznych węży środkowej Ameryki: popielato-brązowe żararaki, o małej trójkątnej głowie i smukłym ciele, tak jadowite, że nie bez powodu Indianie ochrzcili je przydomkiem „przeklętych”; ich jeszcze bardziej jadowite kuzynki żararaki urutu, zwane także wężami krzyżowymi ze względu na plamę na głowie w kształcie krzyża, posiadające jad paraliżujący nerwy wokół miejsca ukąszenia; tak zwane kaskawele, znane także jako grzechotniki straszliwe, oraz zupełnie czarne węże naja, których jad powoduje błyskawiczną śmierć.

— Moko — krzyknął Carmaux, przerywając czarodziejski rytuał.

Melodia urwała się. Murzyn wbił w pirata swoje porcelanowe oczy i z niedowierzaniem rzekł:

— To wy? Co tu jeszcze robicie?! Myślałem, ze już dawno dotarliście do Zatoki, daleko od Hiszpanów.

— Tak, to my, ale... niech mnie piorun trzaśnie, jeśli sądzisz, że podejdę do ciebie bliżej, skoro dookoła roi się od tych paskudnych gadzin.

— Moje węże nie zrobią krzywdy przyjaciołom — roześmiał się Murzyn. — Zaczekaj chwilę, biały przyjacielu, tylko je uśpię.

Przyniósł wypleciony z liści koszyk, włożył zwierzęta do środka, bacząc, by się nie rozpełzły, zamknął go dokładnie, na wszelki wypadek przyciskając wieko dużym kamieniem, po czym rzekł: