— Na pewno nie będą zuchwalsi od nas, w każdym razie dobrze, postąpimy zgodnie z twoją radą. Zaatakujemy ich z zaskoczenia, tak żeby nie zdążyli podjąć walki. Trzymajcie broń w pogotowiu i idźcie za mną, nie robiąc hałasu.

Nabili muszkiety i pistolety, a następnie zaczęli ostrożnie się czołgać.

Krajobraz uległ zmianie: bagna i podmokłe lasy ustąpiły miejsca tropikalnej puszczy, zalesionej długowiecznymi drzewami różnych gatunków jak choćby bombax, arcaaba, wszelkiej maści palmy, simaruba, mauritie, jupati, bussú i wiele innych wspaniałych gatunków, zdobnych w olbrzymich rozmiarów liście, bogate w kwiaty i owoce, które były nie tylko jadalne, ale i wyborne w smaku.

Ich oczom ukazały się pierwsze ptaki: papugi, ararauny, canindé, tukany, a z oddali ich uszu dobiegały donośne krzyki małp, których obecność rozwścieczyła Carmaux; nieborak musiał się pogodzić, że nici z polowania, nie mogli bowiem użyć broni, żeby nie zaalarmować Van Goulda i jego oddziału.

— Jeszcze się spotkamy — burknął pod nosem. — Tyle dzikiej zwierzyny ustrzelę, że będę jadł przez dwanaście godzin z rzędu.

Czarny Korsarz zupełnie jakby nie zauważył tej zmiany, tak bardzo był pochłonięty myślami o zemście. Pełzał niczym wąż, przeskakiwał przez przeszkody niczym tygrys, lustrując wzrokiem okolicę. Jego myśli zaprzątał tylko śmiertelny wróg.

Nie odwrócił się ani razu, by upewnić się, czy jego kamraci dotrzymywali mu kroku, zupełnie jakby był przekonany, że w pojedynkę jest w stanie stawić czoła przeciwnikowi i go zwyciężyć.

Cicho posuwał się naprzód, stąpając po liściach zupełnie bezszelestnie. Chyłkiem przedzierał się między zwisającymi lianami, prawie ich nie dotykając, a pomiędzy korzeniami pełzał zwinniej niż niejeden gad. Ani znój wędrówki, ani doskwierający głód nie pozbawiły go zapału.

W pewnym momencie Czarny Korsarz znieruchomiał. Jedną ręką wycelował pistolet przed siebie, a drugą uniósł do góry szablę, zupełnie jakby miał zaraz rzucić się do walki.

Dwa ludzkie głosy dobiegły go zza drzew zwanych calupo.