— Diego... — mówił wątły głos, ledwo słyszalny — jeszcze jeden łyk, jeszcze jeden... zanim zamknę oczy.

— Nie mogę, nie mogę — mówił ten drugi, bardziej ochrypły. — Nie mogę, Pedro.

— Oni są przecież daleko — mówił pierwszy.

— To już koniec, Pedro... ci przeklęci Indianie, ranili mnie śmiertelnie.

— A mnie wykończy ta przeklęta gorączka.

— Już po nas.

— Jezioro... jest blisko.... a Indianin... wie... gdzie jest... łódka! ... kto żyje?...

Czarny Korsarz rzucił się między krzaki, gotów zadać cios szablą.

Pod wielkim drzewem leżało dwóch mizernie wyglądających, przykrytych jakimiś łachmanami żołnierzy. Na widok uzbrojonego mężczyzny nadludzkim wysiłkiem woli dźwignęli się na kolana, próbując dosięgnąć leżące kawałek od nich muszkiety, ale od razu upadli na wznak zupełnie pozbawieni sił.

— Ani drgnijcie! — krzyknął Czarny Korsarz groźnym tonem.