— Bierzmy się do roboty. Do świtu zostały jakieś cztery godziny.
— Do stu piorunów! Van Stillerze, przyjacielu, nie ma czasu do stracenia. Gdy tylko nadejdzie świt i wzejdzie słońce, Hiszpanie z miejsca zaczną nas szukać.
— Jestem gotów! — odparł hamburczyk.
— Do roboty, mój drogi — odparł Carmaux. — Kapitanie, podczas gdy ty będziesz stał na straży i wypatrywał wroga, my się okopiemy i wybudujemy barykady, które wystawią na ciężką próbę siłę i cierpliwość naszych przeciwników. Chodź za mną, hamburczyku!
Szczyt wzniesienia zasłany był olbrzymimi głazami, z których piraci mieli doskonały punkt obserwacyjny. Tocząc je razem z mozołem, utworzyli okrągłą barykadę, zza której mogli skutecznie razić wroga z pozycji leżącej lub klęczącej, nie wystawiając się tym samym na jego ostrzał. Całość zajęła im dwie godziny. Piraci byli zadowoleni z efektu. Za tak zbudowaną osłoną byli w stanie przetrzymać długie oblężenie.
Jednak mur miał pewne wady. O ile sprawdziłby się jako stanowisko obronne w przypadku ostrzału, o tyle nie powstrzymałby jednak błyskawicznego szturmu wroga. Piraci postanowili temu zaradzić i udali się na poszukiwanie ciernistych krzewów. Zapuścili się w tym celu do lasu i na naprędce splecionych z gałęzi noszach wnieśli na szczyt kłujące chaszcze, z których utworzyli kolczaste zasieki. Jego pokonanie z pewnością poraniłoby ręce i nogi nacierających żołnierzy.
— I oto mamy naszą małą twierdzę. Tak łatwo tej przeszkody nie pokonają, jeśli postanowią tu po nas przyjść — powiedział z przekonaniem Carmaux, zacierając ręce z satysfakcją.
— Ale jednej rzeczy brakuje. Mam na myśli coś takiego, czego w żadnym oddziale, nawet najmniejszym, nie może zabraknąć — zauważył hamburczyk.
— Mianowicie? — zapytał Carmaux.
— Spiżarni notariusza z Maracaibo, mój przyjacielu.