Dwaj piraci chwycili za splecione nosze, na których wnieśli na szczyt cierniste krzewy, po czym skierowali się w dół i po chwili zniknęli w leśnych ostępach.
Wrócili dopiero o świcie, obładowani jak zwierzęta juczne.
Okazało się, że trafili na ziemię, którą ktoś uprawiał, być może jacyś tubylcy z okolicznych wysp. Zaopatrzyli się w rosnące tam owoce. Przynieśli kokosy, pomarańcze, dwie główki kapusty i ogromnego żółwia błotnistego, którego znaleźli w pobliżu niewielkiego jeziora.
W sumie — jeśli oszczędnie gospodarować zapasami — wystarczyłoby wszystkiego przynajmniej na cztery dni.
Poza tym, że przynieśli owoce, warzywa i żółwia dokonali też zbawiennego odkrycia, które pomogłoby im unieszkodliwić na jakiś czas przeciwników.
— Ha! Ha! — krzyczał rozbawiony Carmaux, który nie posiadał się z radości. — Mój drogi hamburczyku, nieźle się zdziwi Van Gould i jego oddziały, jeśli najdzie go ochota, żeby tu po nas przyjść. W tym ukropie cały czas chce się pić, a przecież ani nie będą wracać się napić na swoją karawelę, ani też nie będą taszczyć ze sobą beczek z wodą. Ha! Ha! Spryciarze z tych Indian, nie ma co! Niku zdziała cuda!
— Jesteś pewien tego, co mówisz? — zapytał Van Stiller, który nie wyglądał na przekonanego. — Ja w to za bardzo nie wierzę.
— Do stu piorunów! Przecież na własnej skórze, a raczej brzuchu, tego doświadczyłem. To istny cud, że nie przekręciłem się z bólu.
— Jesteś pewien, że się na to nabiorą i skorzystają z tego wodopoju?
— A widziałeś jakieś inne w okolicy?