— Kapitanie, my jesteśmy gotowi stawić im czoło w walce. Przez tę kamienno-kolczastą barykadę niełatwo im się będzie przebić, być może wytrzymamy do przybycia Franciszka l’Olonnais i naszej pirackiej braci.
— Jeśli tylko Hiszpanie nam na to pozwolą. Widziałem, że na ląd zszedł czterdziestoosobowy oddział.
— Aj! — odparł na to Carmaux z niepocieszoną miną. — Sporo ich, cała nadzieja w niku.
— Co to takiego to niku? — zapytał Czarny Korsarz.
— Pozwól za mną, kapitanie. A Van Stiller tymczasem zostanie na straży.
Uzbroili się w muszkiety i zeszli w dół, znikając w lesie, w którym rosły cedry, palmy, simaruby i drzewa bawełniane, torując sobie drogę pośród gęsto zwisających lian.
Ich obecność wypłoszyła z leśnej gęstwiny kilka skrzekliwych papug i wyjców rudych. Zeszli około pięciuset stóp, aż w końcu dotarli do jeziorka, które Carmaux przesadnie określił mianem jeziora; w rzeczywistości miało ono zaledwie około tysiąca stóp obwodu. Był to naturalny zbiornik wodny, raczej płytki, w którym rosło wiele gatunków roślin wodnych, zwłaszcza mucumucú, tworzących na jego powierzchni gęste skupiska.
Carmaux pokazał Czarnemu Korsarzowi obrośnięte pędami łodygi, przypominające wyglądem liany. Rosły splecione ze sobą niczym węże czy krzaki pieprzu.
— To za sprawą tych właśnie roślin Hiszpanie dostaną bolesnych kolek — powiedział pirat.
— W jaki sposób? — zapytał ciekawy Czarny Korsarz.