— Być może nie odważą się zaatakować nocą i zaczekają na nowy dzień.
— W takim razie możemy przygotować kolację i się posilić. Powiem wam szczerze, że nie wiem, gdzie się podziały moje jelita. Van Stiller, upiecz, proszę, te dwie wspaniałe płaszczki. Jestem pewien, że tak ci zasmakują, że będziesz jadł, aż ci się będą uszy trzęsły.
— A co jeśli znienacka nadejdą Hiszpanie? — zapytał wyraźnie zaniepokojony hamburczyk.
— Wtedy jedną ręką będziemy jeść, a druga walczyć. Dla nas płaszczki, dla nich ołowiane kulki. Potem zobaczymy, kto co lepiej strawi.
Gdy Czarny Korsarz wszedł na wierzchołek i zaczął obserwować okolicę, dwaj piraci rozpalili ognisko i zabrali się do pieczenia ryb, uprzednio oczyściwszy je z długich ości.
Pół godziny później Carmaux ogłosił tryumfalnym tonem, że kolacja jest gotowa, Hiszpanie natomiast jak dotąd wcale się nie pojawili. Trzech piratów zasiadło do posiłku. Ledwie zdążyli ugryźć pierwszy kęs, kiedy od strony morza dało się słyszeć potężny huk armat.
— Działo! — wykrzyknął Carmaux.
Nie zdążył zamknąć ust, a występ skalny, który służył piratom za punkt obserwacyjny, runął i rozbił się z łomotem na drobne kawałki u stóp góry.
— Do kroćset...! — krzyknął Carmaux, skacząc na równe nogi.
— Furmanów fur beczek! — dokończył Van Stiller.