Czarny Korsarz rzucił się na skraj urwiska, żeby zobaczyć, skąd wystrzelono kulę.

— Na tabuny ludożerców! — krzyknął Carmaux. — Żeby nawet zjeść nie można było w świętym spokoju nad tym przeklętym jeziorem Maracaibo. Niech piekło pochłonie Van Goulda i wszystkich okazujących mu ślepe posłuszeństwo. Kolacja poszła z dymem! A takie smakowite płaszczki!

— Carmaux, nie złość się, przegryziesz sobie potem kawałek żółwia i ci przejdzie.

— Jeśli Hiszpanie nam na to pozwolą — powiedział Czarny Korsarz, który tymczasem wrócił do ogniska. — Nacierają od strony lasu, a od strony morza ostrzeliwuje nas karawela.

— Chcą nas zetrzeć na miazgę? — zapytał Carmaux.

— Raczej zrobią z nas to, co my z tych płaszczek! — odparł Van Stiller.

— Na szczęście my jesteśmy płaszczkami, które potrafią być groźne, mój drogi. Kapitanie, widać już Hiszpanów?

— Są jakieś sześćset jardów od nas.

— Do kroćset!

— Co się dzieje?