— Mam pomysł, kapitanie.
— Zamieniam się w słuch.
— Skoro karawela nas ostrzeliwuje, to i my ostrzelajmy Hiszpanów.
— Widzisz tu gdzieś jakieś działo, Carmaux? Czy może słońce przegrzało ci mózg?!
— Ani jedno, ani drugie, kapitanie. Miałem na myśli coś innego — trzeba tylko sturlać w dół te głazy. Zbocze jest strome, więc na pewno się nie zatrzymają w połowie.
— Pomysł jest dobry i w odpowiednim momencie go uskutecznimy. A tymczasem, moi dzielni kamraci, rozdzielmy się i niech każdy pilnuje swojego stanowiska. Ale oddalcie się od skały, bo jeszcze oberwiecie jakimś odłamkiem w głowę.
— Wystarczyły mi te, które spadły mi na plecy — powiedział Carmaux, pakując do kieszeni kilka mango. — Zobaczmy, czego mogą od nas chcieć te łotry. Słono mi zapłacą za te płaszczki.
Rozdzielili się i każdy poszedł na swoje stanowisko, ukryte pośród krzaków, które otaczały wierzchołek, czekając na nieprzyjaciela z wycelowanymi muszkietami.
Marynarze karaweli, licząc być może na sowitą zapłatę ze strony gubernatora, wspinali się zawzięcie po stromych zboczach, torując sobie drogę pośród gęsto rosnących krzewów. Byli jeszcze zbyt nisko, żeby mogli ich zobaczyć piraci, choć dobrze słyszeli odgłos ciętych gałęzi czy lian, które utrudniały marsz Hiszpanom, i ich głośne rozmowy.
Nacierali z dwóch stron zbocza, w dużych, zwartych grupach, gotowi zmierzyć się z każdą niespodzianką. Jeden oddział już obszedł jezioro, drugi natomiast nadciągał od strony głębokiej doliny.