Jednym silnym ciosem powalił na ziemię żołnierza, a następnie odwrócił się do atakującego go z boku hrabiego, po czym doskoczył do niego i wbił ostrze szpady w sam środek piersi tak, że wyszło plecami.
— Hrabio! — krzyknął Czarny Korsarz, chwytając przeciwnika w ramiona, zanim ten osunął się na ziemię. — Wcale nie cieszy mnie ta wygrana, ale sam się o to prosiłeś!
Kastylijczyk, który przeszyty szpadą zbladł jak ściana i zamknął oczy, nagle je otworzył i spojrzał na Czarnego Korsarza, po czym ze smutnym uśmiechem rzekł:
— Los tego chciał, panie. Przynajmniej... nie będę musiał patrzyć... jak flaga Hiszpanii... spada na ziemię...
— Carmaux, Van Stiller! Pomocy! — krzyknął Czarny Korsarz.
— To na nic, panie — odparł hrabia półprzytomnie, gasnącym już głosem. — Ja umieram, żegnaj, mój panie... i...
Lecz urwał w pół zdania, a struga krwi wypłynęła mu z ust. Zamknął oczy, uśmiechnął się po raz ostatni, po czym wyzionął ducha.
Czarny Korsarz, wzruszony bardziej, niż mógł przypuszczać, położył ciało hrabiego na ziemi, złożył pocałunek na jego jeszcze letnim czole, z westchnieniem pochwycił jego ociekającą krwią szpadę, po czym rzucił się w sam środek toczącej się wokoło bitwy i głosem, który łamał mu się ze wzruszenia, krzyknął:
— Do mnie, wilki morskie!
Wewnątrz twierdzy trwała jeszcze zajadła walka.