— Do stu zdechłych wielorybów! — wykrzyknął Carmaux. — Czy mnie się zdaje, czy to znajomy nosowy świergot?
— Ja też to słyszałem! — potwierdził Van Stiller.
— Może to mój rodak Darias?
— Nie wydaje mi się — stwierdził Czarny Korsarz. — To był głos jakiegoś Hiszpana.
— Wody, caballeros! Wody! — krzyczał ktoś spod stosu trupów.
— Do stu hamburskich piorunów! — krzyknął Van Stiller. — To głos Katalończyka!
Czarny Korsarz i Carmaux rzucili się w kierunku, z którego dobiegało wołanie, odrzucając w pośpiechu sztywne ciała. W końcu z tej plątaniny rąk i nóg wyłoniła się zbryzganą krwią głowa, potem długie, pajęcze ramiona, a na końcu wydłużony korpus osłonięty skórzanym napierśnikiem, mocno zabrudzonym krwią i zbryzgany czyimś mózgiem.
— Carrai! — krzyknął Katalończyk na widok Czarnego Korsarza i Carmaux. — W samą porę! Co za szczęście!
— To ty! — wykrzyknął Czarny Korsarz.
— Ahoj, mój drogi Katalończyku! — radośnie powitał go Carmaux. — Cieszę się bracie, że widzę cię przy życiu! Chyba nikt nie przetrącił ci tych twoich chudych kości?