— Że ta gadzina przewidziała upadek fortu i wcale nie przybiła do brzegu.

— Gdzie więc popłynął?

— Dowiedziałem się tego od jednego z towarzyszących mu żołnierzy, który później zjawił się tutaj: Van Gould na karaweli hrabiego z Lermy popłynął ku wschodnim brzegom jeziora, omijając tym samym waszą flotę, i przybił do Coro, gdzie, jak wiedział, rzuciła kotwicę hiszpańska fregata.

— Wiesz, co dalej zamierza?

— Uda się do Porto Cavallo, gdzie ma liczne ziemie i wielu krewniaków.

— Jesteś pewien?

— Najzupełniej, panie.

— Śmierci i zniszczenia! — strasznym głosem odgrażał się Czarny Korsarz. — Już go prawie miałem w garści, a on znowu się wymknął! Niech i tak będzie! Może uciec nawet i do samego piekła, lecz Czarny Korsarz wygrzebie go nawet stamtąd! Choćbym miał roztrwonić cały swój majątek na poszukiwania, i tak go znajdę. Choćbym miał popłynąć na Honduras! Przysięgam na Boga!

— A ja udam się z tobą, panie, jeśli nie masz nic przeciwko — odparł Katalończyk.

— Zgadzam się, nasza nienawiść jest tak samo wielka. Odpowiedz mi jeszcze na jedno pytanie, przyjacielu.