— Pytaj, panie.

— Jak myślisz, czy warto od razu pójść jego tropem?

— Myślę, że Van Goud znajduje się już na pokładzie hiszpańskiej fregaty. Zanim dopłyniemy do Maracaibo, będzie już hen, daleko, u wybrzeży Nikaragui.

— Niech ucieka, proszę bardzo, lecz kiedy wrócimy na Tortugę, zorganizuję wyprawę, jakiej jeszcze nie widziano w Zatoce Meksykańskiej. Carmaux, Van Stiller, zajmijcie się naszym przyjacielem, powierzam go waszej opiece, Moko, chodź ze mną do miasta. Muszę się spotkać z Franciszkiem l’Olonnais.

Po tych słowach Czarny Korsarz i Moko opuścili fort i udali się do osady.

Napadnięte przez piratów miasto, które nawet nie stawiało wielkiego oporu, przedstawiało widok godny pożałowania, tak samo zresztą jak zewnętrzne szańce. Grabież trwała w najlepsze. Zewsząd dochodziły krzyki mieszkańców, zawodzenie kobiet, płacz dzieci, przekleństwa, dzikie wrzaski i pojedyncze strzały.

Ścigani przez korsarzy i bukanierów mieszkańcy tłumnie uciekali z miasta, starając się ocalić co cenniejsze rzeczy. Między Hiszpanami a rabującymi piratami wywiązywały się bójki. Zwycięzcy nie oszczędzali nawet trupów, wyrzucając przez okna ciała zabitych, które z głuchym plaskiem upadały na bruk.

Piraci za wszelką cenę próbowali wydrzeć od miejscowych informacje o ukrytych skarbach. Torturowani przez nich notable krzyczeli teraz w niebogłosy, albowiem morscy rozbójnicy nie wzdragali się przed użyciem najokrutniejszych metod, byle tylko zdobyć złoto.

Opustoszałe domy płonęły, a buchający zewsząd ogień oświetlał ulice groźnym blaskiem i strzelał w górę pióropuszem iskier, grożąc pożogą całego miasta.

Czarny Korsarz naoglądał się już podobnych scen we Flandrii, nie krzywił się więc na rozgrywające się przed nim sceny grabieży. Przyśpieszał tylko kroku, chcąc jak najszybciej minąć dziejące się na jego oczach gwałty i bezeceństwa, które napełniały go obrzydzeniem.