— Przysięgam.
Słysząc to uroczyste zapewnienie, Czarny Korsarz zawył jak ranione zwierzę. Skulił się tak, jakby go ktoś z całej siły uderzył kijem w żołądek, i przez chwilę się nie ruszał, po czym nagle wyprężył się jak struna.
Jego ponury głos zagłuszył łoskot fal.
— Tamtej nocy, gdy przemierzałem te wody z ciałem Czerwonego Korsarza na pokładzie, złożyłem pewną przysięgę. Niech będzie przeklęta ta noc, w którą stracę tę, którą kocham!
— Kapitanie... — rzekł Morgan, podchodząc do swego dowódcy.
— Cisza! — krzyknął Czarny Korsarz, a z jego piersi wyrwał się rozdzierający szloch. — Tu rządzą moi bracia, nikt inny!
Przesądną na wskroś załogę przeszedł dreszcz strachu. Wszyscy jak jeden mąż spojrzeli ku morzu, które lśniło tak jak tej nocy, gdy Czarny Korsarz wypowiedział słowa straszliwej przysięgi, będąc przekonanym, że ciała dwóch jego braci wynurzyły się z morskiej mogiły.
Flamandka cofała się, przytrzymując rękami rozwiane na wietrze włosy. Czarny Korsarz postępował za nią krok w krok, a oczy mu płonęły. Ani jedno, ani drugie nie odzywało się, jakby nagle oniemieli.
Milczący, nieruchomi, wstrząśnięci do głębi rozgrywającą się przed ich oczami sceną piraci śledzili ich wzrokiem. Nawet Morgan nie miał już odwagi zbliżyć się do kapitana.
W pewnej chwili Flamandka dotarła do schodów prowadzących do nadbudówki. Zatrzymała się na chwilę, w desperackim geście załamując dłonie, tyłem zeszła po schodach, a za nią postępował Czarny Korsarz.