— Z tamtej uliczki.
— Pójdziemy inną. Miejcie broń w pogotowiu, przyjaciele. Naprzód! Carmaux, wróć na plac po nóż zabitego przeze mnie Baska. Skoro nie ma nic innego pod ręką, nie pogardzę nawet navają.
— Jeśli pozwolisz, oddam ci swój kordelas, a sam zatrzymam navaję, umiem się nią posługiwać.
Dzielny pirat położył przed Czarnym Korsarzem własną broń, po czym pobiegł na plac po navaję, która w jego sprawnej dłoni mogła się okazać tak samo skuteczną bronią jak oddany kapitanowi kordelas.
Oddział był coraz bliżej, zbliżał się szybkim krokiem, zaalarmowany krzykami walczących i szczękiem krzyżujących się ostrzy.
Prowadzeni przez Moko piraci puścili się biegiem wzdłuż murów zabudowań. Przebiegli tak około stu pięćdziesięciu kroków, gdy nagle usłyszeli miarowy krok innego oddziału.
— Do stu piorunów! — wykrzyknął Carmaux. — Wezmą nas w dwa ognie.
Czarny Korsarz zatrzymał się i dobył krótkiej pirackiej szabli.
— Zostaliśmy zdradzeni? — wyszeptał.
— Kapitanie — odezwał się Moko — widzę ośmiu ludzi uzbrojonych w halabardy i muszkiety.