Czarny Korsarz przy pomocy lontu zapalił świecę, którą dostrzegł już wcześniej na starej skrzyni służącej za komodę. Zbliżył się do łóżka i zdecydowanym ruchem ściągnął nakrycie. Na łóżku leżał łysy jegomość w podeszłym wieku, cały pomarszczony, o żółtawoczerwonym kolorze skóry. Mężczyzna miał kozią bródkę i kędzierzawe wąsy. Spał tak głęboko, że nie zbudziło go nawet światło w pomieszczeniu.
— Jego z pewnością nie musimy się obawiać — stwierdził Czarny Korsarz.
Złapał go za ramię i mocno potrząsnął, lecz bez skutku.
— Wystrzał z muszkietu byłby tu potrzebny — odezwał się Carmaux.
Dopiero za trzecim szarpnięciem człowiek otworzył oczy. Na widok dwóch uzbrojonych ludzi gwałtownie się poderwał i krzyknął przerażony, wytrzeszczając oczy:
— Umieram!
— Wolnego, przyjacielu! Na umieranie jeszcze przyjdzie czas — powiedział Carmaux, po czym dodał: — Mnie to się raczej wydaje, że dopiero teraz wstąpiło w ciebie życie.
— Kim jesteś? — zapytał Czarny Korsarz.
— Poczciwym człowiekiem, który nikomu nie wyrządził krzywdy — odparł starzec, szczękając zębami.
— Nie zamierzamy zrobić ci nic złego, jeśli tylko powiesz nam to, czego chcemy się dowiedzieć.