— Cieszę się, że cię widzę żywego, piracie.
— Ja także, Van Stillerze — nie ukrywał radości Carmaux.
— Myślisz, ze kapitan będzie miał mi za złe tę samowolę? Nie mogłem spokojnie siedzieć ukryty w dżungli i gapić się na drzewa, wiedząc, że wy nadstawiacie karku.
— Kapitan się ucieszy, mój drogi. W takich chwilach każdy zuchwały pirat jest na wagę złota.
— Ruszajmy!
Niebo pojaśniało, a gwiazdy bledły w okamgnieniu. Na tych szerokościach geograficznych trudno mówić o świcie lub brzasku. Słońce zwykle wschodzi nagle i blaskiem promieni natychmiast rozprasza mroki nocy.
Mieszkańcy Maracaibo, nawykli do wczesnej pobudki, przecierali oczy ze snu. Okna otwierały się, tu i ówdzie na zewnątrz wychylała się czyjaś głowa, w domach rozbrzmiewających porannym gwarem słychać było kichnięcia i ziewania.
Komentowano głównie nocne wydarzenia, które wszystkim napędziły niemało strachu; piratów obawiano się we wszystkich hiszpańskich koloniach rozległej Zatoki Meksykańskiej.
Carmaux unikał spotkań z przypadkowymi przechodniami, obawiał się bowiem, że rozpozna go któryś z bywalców karczmy, dlatego też wciąż przyśpieszał, a dwaj przyjaciele dziarsko dotrzymywali mu kroku.
Dotarli do miejsca, gdzie pełnił wartę ten sam uzbrojony w arkebuz żołnierz, który chodził tam i z powrotem w poprzek ulicy.