— Ta przygoda może się dla nas źle skończyć — wymamrotał Van Stiller. — Cóż, powinniśmy wisieć już od dwóch dni, cieszmy się zatem, że było nam dane pożyć o dwie doby dłużej.

Czarny Korsarz krążył po pomieszczeniu, obchodząc skrzynię, która służyła za komodę. Wydawał się nerwowy i zmartwiony. Od czasu do czasu zatrzymywał się przed swoimi ludźmi, po czym znów krążył po pomieszczeniu, potrząsając głową.

W pewnej chwili stanął przed notariuszem, który mocno związany leżał na łóżku. Wbił w niego groźne spojrzenie i rzekł:

— Znasz okolice Maracaibo?

— Tak, panie — odparł zapytany drżącym głosem.

— Mógłbyś pomóc nam się wydostać z miasta tak, aby Hiszpanie nas nie zaskoczyli, i zaprowadzić w bezpieczne miejsce?

— Jak miałbym to zrobić, panie? Jak tylko opuścimy dom, rozpoznają was i schwytają, a mnie razem z wami, po czym oskarżą mnie o pomaganie wam w ucieczce, a gubernator to nie jest człowiek, którego żarty się trzymają, każe mnie z pewnością powiesić.

— A więc boisz się Van Goulda... — wysyczał przez zaciśnięte zęby Czarny Korsarz, a jego oczy ciskały gromy. — Trudno ci się dziwić, to człowiek dumny i porywczy, który nie zna litości, wie, jak wzbudzić strach. Ale nie wszyscy się go boją! Pewnego dnia on będzie się bał! Gdy ten dzień nadejdzie, zapłaci życiem za śmierć moich braci!

— Chcesz zabić gubernatora, panie? — zapytał z niedowierzaniem notariusz.

— Cicho, staruchu, jeśli ci życie miłe — prychnął Carmaux.