— Musicie przebrać się za muszkieterów lub halabardników. Jeśli opuścicie miasto przebrani za mieszczan, oddziały, które przeszukują okolice, z pewnością was schwytają.

— Do stu tysięcy piorunów! Wspaniały pomysł! — wykrzyknął Carmaux. — Masz słuszność, czarny przyjacielu! Nikomu nie przyjdzie do głowy zatrzymywać żołnierzy i przepytywać ich, kim są i gdzie się udają, zwłaszcza nocą. Wezmą nas za patrol, a my będziemy mogli spokojnie się ulotnić i bez szwanku wrócić na statek.

— A gdzie znajdziemy przebranie? — zapytał Van Stiller.

— Gdzie? Pójdziemy wypruć flaki z kilku żołnierzy i w krótkich abcugach się rozbiorą — powiedział rezolutnie Carmaux. — Wiesz dobrze, że do bitki zawsze jesteśmy chętni.

— Nie ma potrzeby narażać się na takie niebezpieczeństwo — rzekł Moko. — Znają mnie w mieście, nikt nie będzie mnie podejrzewać, mogę kupić ubrania i broń.

— Czarny przyjacielu, jesteś dobrym człowiekiem i pragnę uścisnąć cię jak brata.

Pirat rozłożył ramiona, chcąc słowa zamienić w czyn, ale nie zdążył. Od strony ulicy dobiegł donośny dźwięk, a echo poniosło go aż na schody.

— Do stu piorunów! — krzyknął Carmaux. — Ktoś puka do drzwi!

W tej chwili wszedł Czarny Korsarz i rzekł:

— Przyszedł człowiek, który pyta o ciebie, notariuszu.