— To z pewnością mój klient, panie — odparł ów, wzdychając. — Klient, który na pewno dałby mi zarobić, podczas gdy ja...
— Cicho, wystarczy! — uciszył go Carmaux. — Już dość wiemy, gaduło.
Wtem znów ktoś załomotał do drzwi. Z ulicy dobiegł ich głos:
— Otwórz, mości notariuszu! Nie ma czasu do stracenia!
— Carmaux — rzekł Czarny Korsarz, który natychmiast powziął decyzję — jeśli nie otworzymy, ten człowiek może zacząć coś podejrzewać. Może się obawiać, że staremu coś się stało i powiadomi rządcę dzielnicy.
— Co mam zrobić, kapitanie?
— Otwórz mu, złap go, zwiąż dobrze i posadź razem z notariuszem.
Jeszcze nie skończył mówić, a Carmaux już był na schodach. Za nim pośpieszył potężny Moko.
Słysząc trzecie uderzenie, od którego o mały włos drzwi nie rozpadły się na kawałki, Carmaux otworzył i rzekł:
— Cóż to za niecierpliwość, mości panie!