— Czerwonego Korsarza.
Na te słowa Czarnego Korsarza przeszedł dreszcz. Stał przez chwilę w milczeniu i mierzył obu piratów płomiennym spojrzeniem.
— A więc na statku mojego brata — odezwał się w końcu drżącym głosem.
Gwałtownie chwycił Carmaux za ramię i zaciągnął go niemalże siłą na rufę. Przechodząc pod mostkiem kapitańskim, spojrzał w kierunku mężczyzny wyczekującego na rozkaz i rzucił:
— Pozostań na pełnym morzu, panie Morgan. Załoga ma być w gotowości bojowej, kanonierzy z zapalonymi lontami. W przypadku zagrożenia od razu meldujcie!
— Tak jest, panie kapitanie — odpowiedział marynarz. — Żadna łajba nie zbliży się bez twojej wiedzy.
Czarny Korsarz, nie zwalniając uścisku na ramieniu Carmaux, zszedł pod pokład i skierował się do małej, bardzo elegancko umeblowanej kabiny, oświetlonej pozłacaną lampą, co było niezgodne z panującym na korsarskich statkach zakazem palenia świateł po dziewiątej wieczorem. Wprowadził do środka Carmaux i wskazał mu krzesło, po czym utkwił w nim wzrok i przez chwilę przypatrywał mu się uważnie z założonymi rękami. Jego twarz przybrała siny odcień i była bledsza niż zwykle, a pierś unosiła się i opadała w rytm szybkiego oddechu.
Dwukrotnie otwierał usta, żeby zadać pytanie, jednak od razu je zamykał w obawie przed odpowiedzią, której nie chciał usłyszeć.
W końcu przemógł się i zapytał bezdźwięcznym głosem:
— Zabili go, tak?