— Kogo?
— Mojego brata, tego, którego zwano Czerwonym Korsarzem.
— Tak, panie kapitanie — odpowiedział Carmaux i westchnął — Tak samo, jak zabili Zielonego Korsarza.
Z piersi kapitana wyrwał się rozdzierający krzyk. Straszliwie zbladł, chwycił się dłonią za serce, po czym opadł na krzesło, zasłaniając twarz szerokim rondem kapelusza.
Zamarł tak na kilka chwil, a kajutę wypełnił jego szloch. Po chwili zerwał się na równe nogi zawstydzony tym odruchem słabości. Okropne uczucie, które nim zawładnęło, wyparowało w okamgnieniu. Na jego twarzy na powrót zagościł spokój, czoło wypogodziło się, skóra przybrała swój dawny odcień, tylko spojrzenie płonęło blaskiem tak ponurym, że przyprawiało o ciarki.
Dwukrotnie obszedł kabinę, by trochę ochłonąć, po czym usiadł na krześle i rzekł:
— Obawiałem się, że nie zdążę na czas. Teraz pozostaje mi tylko zemsta. Rozstrzelali go?
— Powiesili, panie.
— Jesteś tego pewien?
— Widziałem na własne oczy, jak zawisł na szubienicy wzniesionej na Plaza de Granada.