— W łóżku, panie.

— Prowadź mnie do niego.

Carmaux zamierzał najpierw zwabić przybysza w głąb korytarza. Następnie na dany znak Moko miał się na niego rzucić i przytrzymać go całą siłą swoich mięśni. Pirat wyprzedził przybysza, doszedł do schodów, po czym odwrócił się i krzyknął:

— Bierz go, brachu!

Przybysz jednak, zupełnie jakby przeczuwał zasadzkę, nie dał się zaskoczyć, bo gdy Murzyn wyskoczył na niego z ukrycia, ten błyskawicznie się uchylił, odepchnął Carmaux, po czym jednym susem pokonał trzy stopnie, dając popis zręczności, której mógłby mu pozazdrościć niejeden marynarz.

— Podstępne łotry! Co znaczy ta napaść? Zaraz obetnę wam uszy! — krzyknął, dobywając szpady.

— Jeśli chcesz znać przyczynę tej napaści, ja ci to wyjaśnię, panie — odezwał się Czarny Korsarz, który ze szpadą w dłoni pojawił się na półpiętrze przywołany szamotaniną na schodach.

Kastylijczyk odwrócił się, starając się jednocześnie nie tracić z oczu Carmaux i Moko, którzy cofnęli się w głąb korytarza, w kierunku drzwi do budynku. Pierwszy z nich dobył noża, drugi dzierżył drewnianą belkę, która w jego masywnych rękach stawała się groźną bronią.

— Kim jesteś, panie? — zapytał Hiszpan, nie tracąc rezonu. — Sądząc po ubiorze, można myśleć, że jesteś szlachcicem, lecz nie szata zdobi człowieka, równie dobrze pod tym przebraniem może kryć się zbój.

— Takie słowa mogą cię drogo kosztować, panie szlachcicu — odparł na to Czarny Korsarz.