Wystraszeni byli głównie sąsiedzi, i słusznie, bowiem wysadzenie domu notariusza mogło zrujnować także ich posiadłości, darli się więc w niebogłosy, jakby niemalże słyszeli już huk walących się ścian i stropów.
Mieszkańcy i żołnierze w pośpiechu opuszczali uliczkę i gromadzili się u jej wylotu, a sąsiedzi na łeb na szyję gnali po schodach, próbując wynieść z zagrożonych miejsc co cenniejsze rzeczy.
Nikt już nie wątpił, że ten człowiek — zdaniem niektórych szaleniec — na pewno zrealizuje okropną groźbę.
Tylko porucznik wykazał się odwagą i niewzruszony stał w miejscu. Jednak w niespokojnych spojrzeniach rzucanych przezeń w kierunku domu można było wyraźnie wyczytać, że gdyby nie miał pod sobą oddziału żołnierzy i nie nosił munduru oficera, z pewnością wziąłby nogi za pas jak pozostali.
— Nie! Opanuj się! — krzyknął. — Czy ty już do końca oszalałeś?
— Życzysz sobie czegoś, poruczniku? — zapytał Czarny Korsarz spokojnym głosem.
— Nie rób tego!
— Bardzo chętnie, ale pod warunkiem, że zostawicie mnie w spokoju.
— Uwolnij hrabiego i pozostałych, a obiecuję, że tak będzie.
— Chętnie się na to zgodzę, jeśli jednak ty przystaniesz na moje warunki.