I czwórkę on przeraził. Stropione rumaki

Zerwały się, lecz pan mój, świadomy rzemiosła,

Od razu ściągnął lejce i, jak człek od wiosła,

Potężnie w tył się przegiął i, rzemienie w ręku

Dzierżący, nie popuścił, ażeby go z lęku

Nie poniósł straszny zaprząg. Wszystko przecież na nic!

Rumaki, oszalałe do ostatnich granic,

Wędzidła gryząc twarde, mkną jak burza dzika,

Nie troszcząc się o lejce ni dłoń kierownika.

Hamulce nie pomogły ani tęgie spójnie