A on, ten nieszczęśliwiec, zawikłan niezbożnie
W rzemienie lejc splątane, wlókł swą drogą postać
Po ziemi, nie mogący z więzów się wydostać.
O głazy rozbił głowę, pogruchotał kości.
Jął krzyczeć wniebogłosy: „O, trochę litości!
Nie gubcie mnie tak marnie! Powstrzymajcie kroku
Wy, klacze, wychowane na moim obroku.
O straszna klątwo ojca! Któż się tutaj zjawi
I człeka niewinnego od śmierci wybawi?!”
Niejeden z nas chciał pomóc, ale nazbyt z dala