— Po co jeszcze pytać... — powiedział Ronno ponuro.
Przyjaciel zając zaczerpnął oddechu.
— Jesteśmy otoczeni — powiedział bezbarwnym głosem. — Z żadnej strony nie można uciec. Wszędzie jest ON!
W tej chwili usłyszeli JEGO głos. Zakrzyknął dwudziestokrotnie, trzydziestokrotnie.
— Ho-ho! Ha-ha!
Zahuczało to bardziej przejmująco niż wicher i burza. ON walił w pnie drzew, aż dudniło. Budziło to grozę i przygnębienie. Z daleka docierał głuchy szum i trzask łamanych gałęzi.
ON nadchodził!
ON nadchodził tutaj w gęstwinę.
Tam z tyłu zabrzmiał teraz świszczący, krótki trel i szum rozwijanych skrzydeł. Już się tam poderwał bażant pod JEGO krokami. Poszum skrzydeł bażanta przycichł, wznosząc się wyżej w powietrze.
Donośny grzmot. Cisza. Potem głuche uderzenie o ziemię.