Napłynęła fala zapachu, wyraźna jak nigdy jeszcze. Nie było tu już co badać. Zapach ten wdzierał się w ich nozdrza, zamraczał ich zmysły i mroził serca.
Sroki skrzeczały jeszcze, kraski wrzeszczały nad nimi, ale teraz ożywiło się wszędzie. Sikory biegały wśród gałęzi niby setki małych, upierzonych piłeczek i ćwierkały:
— Precz! Precz!
Czarny ciąg kosów z błyskawiczną szybkością przemknął nad nimi z przeciągłym krzykiem. Poprzez ciemną kratę nagich krzaków sarny widziały na białej, zasłanej śniegiem ziemi bezładną bieganinę małych, wątłych cieni. Były to bażanty. A tam znowu coś zamigotało czerwono. Naprawdę to był lis. Ale teraz nikt się go nie bał.
Nieustannie bowiem płynął szerokimi falami ów okropny zapach, który napawał dusze ich przerażeniem i jednoczył wszystkich w jednej wspólnej, oszalałej trwodze i w jednym wspólnym, gorączkowym pragnieniu ucieczki i ratunku.
Ten tajemniczy, oszołamiający zapach przenikał cały las z taką mocą, iż sarny poznały natychmiast, że ON przybył tym razem nie sam, lecz chyba ze wszystkimi swoimi i że teraz idzie o wszystko.
Nie poruszyły się, patrzyły na sikory, które uciekały nierównym lotem, na kosy, na wiewiórki, które szalonymi skokami przemykały z wierzchołka na wierzchołek; myślały o tym, że wszystkie te małe stworzenia w istocie nie miały zupełnie powodu do obawy. Mimo to rozumiały ich ucieczkę, gdy się wyczuwało JEGO, gdyż żadna istota w lesie nie mogła znieść JEGO pobliża.
W tej chwili przyjaciel zając nadbiegł wahającymi się skokami, przysiadł cicho, podskoczył dalej.
— Co się stało? — zawołał do niego niecierpliwie Karus.
Ale przyjaciel zając rozglądał się tylko dokoła błędnym wzrokiem i nie od razu mógł mówić. Był zupełnie oszołomiony.