Bambi wzdrygnął się. W krzakach rozległy się szybkie trzaski, potem zabrzmiał tupot po śniegu i w szalonym pędzie przegalopował młody Karus.

— Pędź naprzód! — zawołał na widok Bambiego. — Nie stać, nie stać, ktokolwiek może jeszcze biec!

W następnej chwili już go nie było, a niepowstrzymana jego ucieczka porwała ze sobą Bambiego.

Bambi nie wiedział nawet wcale, że zaczął znowu biec, i dopiero po dłuższej chwili zawołał:

— Żegnaj, Gobo!

Ale był już wtedy bardzo daleko. Gobo nie mógł go już dosłyszeć.

Pędził przez las, który huczał wrzawą i grzmotami, pędził tak aż do wieczora.

Kiedy zapadła ciemność, w lesie uspokoiło się. Lekki wiatr rozwiał też niebawem ów ohydny zapach, który rozpościerał się wszędzie. Ale podniecenie pozostało.

Pierwszym znajomym, jakiego Bambi ujrzał ponownie, był Ronno. Utykał teraz bardziej niż zwykle.

— Tam dalej, pod dębami — opowiedział Ronno — leży ranny lis. Gorączkuje. Przed chwilą właśnie przechodziłem obok niego. Okropne są jego cierpienia. Gryzie śnieg i ziemię.